RSS
  • Shinedown, 18.10.12r.

    Ott 19 2012, 20:04

    Czw 18 X – Shinedown, Redlight King, Exit Ten

    Specjalnie dla @liplattaa:
    Impreza od strony organizacyjnej była całkowitą porażką. Start był przewidziany na godzinę 19, w rzeczywistości jednak o 19 nawet nie otworzono bramek. Klub był mniejszy niż korytarz przerobiony na salę gimnastyczną w Katholiku w Dąbrowie, a stojąc na scenie i będąc rosłym mężczyzną, można było bez problemu nawalać głową w sufit bez konieczności podskakiwania. Oczywiście lokal bez wentylacji. Jedynym pomieszczeniem, w którym w miarę dało się oddychać, była palarnia.
    Pani szatniarka kazała mi zapłacić dwa razy za szatnię, gdyż przyszłam i chciałam wyjąć portfel z torby. Ochrona nie chciała nas wypuszczać na zewnątrz, więc szło zdechnąć z braku powietrza i nadmiaru potu. Mam nadzieję, że setki ludzi stłoczone w tej klitce czuły się podobnie.
    Supporty grały fafnie, ale trochę za długo. W rezultacie Shinedown wszedł na scenę koło 21:45. Zagrali wszystkie najlepsze hity [ Enemies, Devour, Crow & The Butterfly, Fly from the Inside, Diamond Eyes, Amaryllis, If You Only Knew, I`ll Follow You <33333333, Unity, 45, Second Chance, Sound of Madness, Bully ]. Niestety, zagrali też jedyną piosenkę, której szczerze nie trawię, a która zresztą i tak jest coverem [ Simple Man ]. Zabrakło mi paru piosenek z nowej płyty [ Adrenaline, Miracle, I`m Not Alright, Through The Ghost <3333 albo chociaż Nowhere Kids, przy której byłoby dobre pogo ]. Trochę było mi też smutno, że nie zagrali niczego z Us And Them.
    Był super kontakt z publicznością, Brent ma Cudowny głos jak mówi <333
    Chłopcy poradzili sobie genialnie zważając na niesprzyjające warunki - maciupką scenę i słabą akustykę sali. Żałuję, że nie byłam w na tyle dobrej kondycji [ brak snu, stan zapalny oskrzeli, niedotlenienie i ogólne przymulenie spowodowane zajęciami z emisji głosu ] by dopchać się pod scenę, bo Shinedowni bezwstydnie dawali się macać i być może udałoby mi się złapać koszulkę Barry`ego, jakąś setlistę, pałkę albo kostkę.

    Reasumując, koncert był bardzo udany mimo ssącej polskiej organizacji. I, co najważniejsze, Shinedowni strasznie się spuszczali nad naszym krajem i nad tym, jak to szybko do nas wrócą. Jak dla mnie, mogą się wprowadzić na stałe, najlepiej do mojej szafy, nie mam nic przeciwko ♥

    Jak można się było spodziewać, wieczorny ciopąg nam uciekł, poranny też. W rezultacie byłam 12 godzin później w domu niż planowałam, przez co jestem o tydzień do tyłu z praktykami i na czarnej liście u doktora P. Bolą mnie też wszystkie możliwe mięśnie, a na prawej stopie mam odcisk na odcisku, dosłownie.
    Ale było warto! ♥ było tak cholernie warto! ♥

    Shinedown, You`re a Miracle to me! ♥